13/14 marca jak co roku, tak i w tym, wyruszyłem na lubelską EDK. Tym razem trasa czerwoną - 47 km. Kilka dni przed wyjściem kołatało mi się w głowie, że nie dam rady, że nogi siądą (wszak waga poszła trochę w górę, a i kondycja jest nie najwyższych lotów). Na wszelki wypadek poprosiłem kolegę, że jakbym zadzwonił w nocy, to przyjedzie i mnie zawiezie do Wąwolnicy do auta. Jednak w tym roku było inaczej. Nie wiem czego to przyczyna, czy intencji, bardzo ważnych, czy fizycznie, obuwia, które w tym roku miałem chyba idealne, ale dotarłem do końca bez zbytnich problemów. Nie było obtarć, nie było bąbli. Nogi niosły aż do końca. Były delikatne kryzysy po drodze, ale to dlatego, że idzie się nocą, w ciszy, więc momentami bardzo chciało się spać, a myśli w głowie krążyły wokół ciepłej kołdry i wygodnego łóżka. Co ro ku jest też jeszcze jedna sprawa, która mnie nakręca do tego by iść. Tą sprawą jest reportaż fotograficzny z tego wydarzenia. Chodzę na EDK od 11 lat, byłem 10x (raz byłem chory). Byłem nawet jak był lockdown, bo przed jego wprowadzeniem z koleżanką robiliśmy test trasy. Za każdym razem (poza testowym) mam ze sobą aparat fotograficzny i dokumentuję trasę i ludzi. Kolega mówił mi, że za żadne skarby świata nie szedłby tyle km w nocy. A ja idę, bo napędza mnie wiara i intencje, które niosę, a także to prozaiczne dokumentowanie. Polecam każdemu, kto znajdzie w sobie siłę. Jest czasem ciężko, ale właśnie tak ma być, bo nie na darmo to Ekstremalna Droga Krzyżowa. Jednak możliwość obcowania z samym sobą i Absolutem jest tego warta.

















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz